malarz,tynkarz a przede wszystkim akrobata

06:05



Czekanie ponad 22 godziny było czymś,czego nie chcę przeżywać nigdy więcej i nie polecam tego nikomu. 

Pierwsze 5 godzin zleciało nam na zwiedzaniu terminali,a później miałyśmy już dość i chciałyśmy tylko siedzieć. Ruszanie się z miejsca nie było dobrym pomysłem,ponieważ cały czas ktoś nam je zajmował. Starałyśmy się siedzieć obok wejścia na lot do Chicago,jednak nie zawsze była taka mozliwość. 

Około 20 poszłyśmy na kolację składającą się z sandwicha i kawy......napój standardowo,żeby nie zasnąć na „amen”,ponieważ ktoś czuwać nad bagażem musi. 

Czas oczekiwania wydawał się dłużyć  w nieskończoność. W końcu przemogłam się do położenia spać,jednak warunki airportowe skutecznie o sobie przypominały i spałam z przerwami na oddrętwienie na wpół martwych kończyn. 

Aby w ogóle móc się zrelaksować,ludzie przyjmowali takie pozy,że nawet nie wyobrażałam sobie,iż człowiek tak potrafi. Nie spało się wygodnie,ale w końcu trzeba było. Nie dało rady być żywym na umyśle,kiedy „morze ludzi,a może dwa”,jak to ujęła moja mama,zdawało się być szare i nudne. Każdy pasażer wyglądał po jakimś czasie tak samo,szczególnie panowie w garniturach,choć parę osób wyróżniało się w tej fali i łatwo udało nam się ich zapamiętać...........szczególnie,kiedy danego osobnika widziało się po raz n-ty przechodzącego koło nas. Miałam wrażenie,że niektórzy krążyli w kółko bez sensu,bo nie było nic lepszego do roboty. 

Obudziłam się około 3-4 i zajęłam się czymkolwiek,dając mamie nieco odpocząć. Obok usiadła para starszych Koreańczyków,którzy zresztą mieli za parę godzin lecieć z nami do Chicago.

W końcu otworzyli odprawę do naszego „miasta powiatowego”,do którego się wybierałyśmy. Mama stwierdziła,żebym spytała,czy bagażu podręcznego nie trzeba okleić jeszcze raz,więc swoim połamanym raczkującym angielskopodobnym załatwiłam sprawę. Wyszło całkiem zabawnie,ponieważ mówiąc,że przyleciałyśmy z Warszawy,użyłam nazwy Warschau,a nie Warsaw.......pomieszałam języki,normalne.

Kiedy do wejścia na bramki ustawiła się kolejka,dołączyłyśmy do niej z mamą. Pani z okienka sprawdziła nasze paszporty i przeszłyśmy do sławnych „bramek bezpieczeństwa”. 

Tym razem nie musiałam nic wyrzucać,cofać się z czymś,odkładać ani ŚCIĄGAĆ BUTÓW. Za to,zaraz za bramką,czekała na mnie pani z ciekawym urządzonkiem do prześwietlenia. Sprawdzili tylko mnie,ponieważ mama ubrała sie w luźną sukienkę,a po ściągnięciu katany,nie było czego sprawdzać. Ja niestety miałam spodenki,które pani uważnie prześwietliła parę razy. Mimo nie ściągnięcia butów,one również uległy sprawdzeniu. 

Oprócz nas został sprawdzony także nasz bagaż podręczny oraz torebki. Tym razem oglądali wszystko dokładnie. Pani stojąca za taśmą kazała mojej mamie wyrzucić krem do rąk,ponieważ na opakowaniu widniało,że ma pojemność 130ml,a wolno było wnieść na pokład jedynie 100ml każdego kosmetyku,nieważne że w tubce była jego końcówka. Liczył się napis,nie zawartość. 



Później już tylko czekałyśmy na informację,że grupa C proszona jest na pokład samolotu. 
Czym są grupy?
Każdy ma jakieś tam warunki lotu,cenę,nie wiem,wyżywienie. Wiem,że klasa A,to tak zwana biznesówka,która ma „najlepiej”,C to grupa ekonomiczna. Nie widzę teraz dokładnie czym się różnią,poza miejscami,które nam przydzielili. Mamy 28 H i K. Na szczęście są to miejsca obok siebie,nie na środku,a z boku,czyli oprócz nas nie siedzi tu nikt.
Za nami już też obiad,który na owe warunki był naprawdę pyszny. Kurczak,ziemniaczki i groszek z brokułami jako główne danie. Porcja idealna,ponieważ nie przejadłam się,a najadłam. Do tego przystawka i nawet deser. To ostatnie podobało mi się chyba najbardziej. Przepyszna babeczka z kawałkami czekolady „zapita” muzyką z komputerka tuż przede mną. Nie mojego własnego,a tego samolotowego. 

Na każdym siedzeniu z tyłu wbudowane jest coś na kształt tabletu,na którym można znaleźć przeróżne rzeczy. Od drogi,jaką mamy przebyć z czasem,temperaturą i wysokością na jakiej lecimy ponad ziemią,przez muzykę czy filmy,po gry. Znalazłam nawet coś dla siebie. Mimo tego że  folderze z muzyką nie ma czegoś,do czego pałam jakimś tam uczuciem,w folderze z teledyskami znalazłam Arcitic Monkeys. Całkiem Ciekawie.
Można tu nawet pooglądać sobie Grę o Tron czy Breaking Bed. Jest co robić przez te 9 godzin lotu,a raczej ponad 9.




Zaraz po przylocie do Chicago czeka nas 10-godzinna posiadówka,ponieważ następny lot mamy około 22 ich czasu,a będziemy tam o 12. Śmiesznie jest patrzeć na bilet i czytać,że wyruszamy o 10 z Berlina,a na miejscu będziemy po 12........a zaraz pod tym,że lot trwa ponad 9 godzin. Można by pomyśleć „I don’t know if someone’s kidding me or that’s true”. To jednak prawda. Godzina przylotu podana jest przecież według czasu obowiązującego już w Chicago i jakoś mnie to nie dziwi. 

Lot z Chicago do El Paso trwać będzie około trzech godzin,a tu znowu wita nas zmiana czasu,dzięki której z biletu wynika,że lecimy niecałe dwie. Naprawdę można dostać mindfuck’u z tymi zmianami stref czasowych,a to i tak dopiero początek,bo nietylko zegarek trzeba przestawić,ale też i organizm. Już teraz pobudek nie będę miała o 6,jak zawsze,a o 22 haha. Ciekawe,jak szybko się przestawię.


Póki co czeka nas jeszcze trochę lotu,a ja na komórce mam zdjęcie z okna samolotu. Szkoda,że nie widać,jak mały jest świat pod nami,ale można za to wywnioskować,jak wysoko jesteśmy,ponieważ.......widzimy chmury od góry,tuż pod. Jakbyśmy dryfowały po bitej śmietanie albo wacie cukrowej. Całkiem przyjemny widok.




 Oprócz tego zza okna wita nas OGROMNE skrzydło samolotu.....naprawdę jest wielkie,jak i zresztą cały samolot.



____________________________________________________________________________________________

jeśli kogoś ciekawi owieczka zagubiona w "wielkim świecie" to zaglądajcie na mojego bloga codziennie ~ ^^;

You Might Also Like

0 komentarze