oh,Starbucks
21:12
Po przejściu drogi w kółko jakies 3
razy,szukając wolnego miejsca,......a terminal ma
kiloooooometry,stwierdziłyśmy,że wybierzemy się na coś smacznego.
Po raz kolejny poszłyśmy się na spacer tym samym korytarzem i znalazłyśmy oczekiwanego przeze mnie Starbucks’a,ale jakoś nas do niego nie wciągnęło,ponieważ w Warszawie piłyśmy już kawkę i to przepyszną,więc sobie go darowałyśmy i udałyśmy się na poszukiwania jakiejś knajpki.....która nie byłaby droga.
To może wydać się śmieszne,bo jednak na airporcie ciężko o coś,co nie
kosztuje miliony,a jest smaczne. Znalazłyśmy ciekawą restaurację,jednak jedna
sałatka kosztowała..........20€. Ostatecznie zrezygnowałyśmy i wróciłyśmy do
początkowego pomysłu ......zjedzenia w Burger Kingu. Niezbyt oryginalnie,biorąc
pod uwagę,że już niedługo będzie na wyciągnięcie palca,bo stwierdzenie „na
wyciągnięcie ręki” oznaczałoby zbyt daleki odcinek w tym przypadku.
Ostatecznie
wybrałyśmy jednak,co chcemy zjeść,tyle że wynikł mały problem. Moja mama ni w
ząb nie mówi po angielsku,więc cała odpowiedzialność zamówienia nam jedzenia
spadła na mnie. Podeszłam grzecznie do kasy,chciałam powiedzieć,co zamawiamy i
tutaj.......czar posiadania umiejętności mówienia po angielsku znikł. Nie
wiedziałam,co powiedzieć,jak,a dodatkowo przeszkadzał mi szum,który docierał
zewsząd. Ciężko było zrozumieć,co mówiła do mnie kasjerka i o co pytała,więc
prosiłam ją kilka razy o powtórzenie. Nieco krępująca sytuacja,ale niedługo
przede mną takich milion. Na szczęście miałam u boku mamę,która wspierała mnie psychicznie.
Po chwili dostałyśmy już pyszne i ciepłe jedzonko,z którym poszłyśmy szukać
miejsca gdzieś na zewnątrz. Chciałyśmy usiąść w ogóle z zewnątrz budynku,jednak
nie znalazłyśmy żadnej ławki,więc wróciłyśmy tam,gdzie siedziałyśmy wcześniej.
Jedząc sobie spokojnie tuczące zażerłko,które umie docierać jedynie w
nieporządane miejsca,oglądałyśmy sobie dziwnie niskich Azjatów,którzy
przylecieli własnie jakimś lotem. Stali na tyle blisko,że słyszałam,jak
rozmawiają między sobą,jednak nie wyczaiłam,jakim językiem się
posługiwali,bo,choć brzmiało to trochę chińsko,nie był to język chiński. Jednak
zaciekawiło mnie,dlaczego wszyscy byli aż tak niscy......mieli może średnio
155cm(?). I nie były to same kobiety!
Teraz czekamy od 13 do jutra do 9:20 na lot do
Chicago. Ten chyba będzie najbardziej męczący.......9 godzin lotu.
___________________________________________________________________________________________
jeśli kogoś ciekawi owieczka zagubiona w "wielkim świecie" to zaglądajcie na mojego bloga codziennie ~ ^^;
0 komentarze