gate 36
10:06
wszystko wydawało się proste....bramka
36,wypakowanie się z kosztownych rzeczy itp.,przeszukanie....standardowe
czynności na lotniskach. Szkoda,że jak zwykle Shi musiała coś nakombinować. wyciągnęłam z torebki to,co kazali. mama zrobiła to samo.....z jedną małą
różnicą. otóż oprócz wypakowania rzeczy z torby,musiałam również ściągnąć buty
i włożyć je do kozetki razem z portfelem i netbookiem oraz torebką. przeszłam
przez bramkę zaraz po mamie. coś poszło nie tak. zastanawiałam się,czego
zapomniałam wyciągnąć.....pani ochroniarz mi pomogła „Ah,no tak,komórka~!”. kazała się cofnąć i wyjąć ją do kozetki. zrobiłam,jak kazała. przeszłam raz
jeszcze. tym razem wszystko było ok,jednak rzeczy martwe są niezwykle
upierdliwe. pani przeszukiwała mnie od góry do dołu,każde kieszenie. po tym,jak
kazała mi się obrócić,spytała „Ma pani coś w tylnych kieszeniach?”. dla mnie
było jasnym odparcie „nie”,ponieważ nigdy nic do nich nie wkładam,jednak dla
niej wciąż było coś nie tak. postanowiłam sama sprawdzić i tak oto tadah : smycz od kluczyka do szafki szkolnej......który to oddałam. plastyk niezwykle
chamsko nie dał mi o sobie zapomnieć. na szczęście pani przepuściła mnie,widząc
że to tylko jakaś duperelka. od tego przeszukania trzymam wszystko w
torebce....nie chcę mieć kolejny raz problemów z bramkami ^^;
po bramkach dostałyśmy godzinę czasu
wolnego,który korzystnie spędziłyśmy.......w kawiarence na przepysznej latte i
bardzo smacznym sandwichu,ponieważ moja bułka,zrobiona przez mamę (zresztą
bardzo pyszna (zgaduję,bo nie miałam niestety okazji jej
posmakować)),wylądowała w śmietniku przed bramką. no cóż,takie przepisy. woda w
butelce również się ze mną piekielnie chamsko pożegnała.
po wypoczynku,o 10:15 miałyśmy wejście na pokład
albo raczej wyjście z terminala. wsiadłyśmy do lotniskowego autobusu i
podjechałyśmy pod samolot. wydawał się naprawdę malutki,szczególnie,że z
Berlina do Chicago miałyśmy lecieć większym,co jeszcze bardziej pomniejszyło tę
maszynę na lotnisku w Warszawie. przywitał nas miły pan,który nie wiem kim
konkretnie był,ale pewnie jednym z pilotów. usadzone,na szczęście obok
siebie,czekałyśmy na to,aż ruszymy. denerwowałyśmy się obie,chociaż mówi się,że
samolot,to najbezpieczniejszy środek transportu. kiedy zajechaliśmy na pas
startowy,złapałyśmy się i patrzyłyśmy przez okno. samo wzniesienie się nie było
problemem........problemem było ciśnienie,które rozsadzało moje uszy. widoki
przez okno były natomiast przepiękne i to je zapamiętam z tego lotu
najbardziej. właściwie całego go przegadałyśmy,bo co to około dwie
godziny.......chwila moment i byłyśmy na lotnisku w Berlinie.....tyle,że
lądowanie sprawiło mi okropny ból. nie wytrzymywałam tych zmian ciśnienia do
tego stopnia,że jeszcze przez pół godziny po wylądowaniu,nie słyszałam na prawe
ucho.
na szczęście odbiorem bagażu głównego martwić się nie musiałyśmy,ponieważ z Berlina
do Chicago lecimy tymi samymi liniami.
wyszłyśmy z pomieszczenia odbioru bagażu i
starałyśmy się ogarnąć otoczenie. ciężko było,ponieważ wokół roiło się od
ludzi. dużo z nich stało w przeogromnych kolejkach. my jednak skutecznie
ominęłyśmy te sznury i wyszłyśmy z budynku,kierując się do miejsca,skąd czekać
będzie na nas kolejny samolot,tym razem do Chicago. zajęło nam trochę
znalezenie go,ale przy okazji zwiedziłyśmy co nieco tego airportu i wiemy,gdzie
można w razie czego coś zjeść. w końcu czekamy tutaj do jutra,24 czerwca,do
godziny 9:20 na kolejny lot. to naprawdę dużo czasu i podczas tego czekania na
pewno zgłodniejemy ~
_____________________________________________________________________________________
jeśli kogoś ciekawi owieczka zagubiona w "wielkim świecie" to zaglądajcie na mojego bloga codziennie ~ ^^;
0 komentarze